Zapasy żywności - za i przeciw

Wielokrotnie podczas rozmów ze znajomymi spotkałem się z różnymi zarzutami, związanymi z budowaniem zapasów. Po co? Nie mam czasu na pierdoły.  Przecież w każdej chwili mogę wyjść do sklepu i kupić, to co mi potrzebne (chociaż osoby mieszkające w małych wioskach już niekoniecznie tak powiedzą). Szkoda pieniędzy... To tylko kilka zarzutów przeciw zapasom żywności. W sumie nie tylko żywności. Kiedyś robienie minimalnych zapasów było czymś naturalnym. Pisząc "kiedyś" nie mam na myśli epoki neolitycznej, ale bardziej czasy młodości naszych babć i dziadków (chociaż może dla niektórych nie jest to zbyt duża różnica). W tym wpisie chciałbym zebrać wszystkie argumenty przeciwników robienia zapasów i kontrargumenty. Oczywiście zastrzegam jedną rzecz! Nie potępiam ludzi, którzy wierzą, że zawsze wszystko będzie na półkach. Ja w czyjąś wiarę mieszać się nie będę. Nie chcesz robić zapasów - Twój wybór - masz do niego pełne prawo a ja mam obowiązek to uszanować. I szanuję. Bo ostatecznie często modlę się, by wszelkie moje przygotowania okazały się tylko ciekawym i może trochę idiotycznym hobby.

W tym wpisie postaram się zebrać argumenty przeciwników robienia zapasów oraz podać stosowne kontragrumenty, przemawiające za tym, że warto je robić. Oczywiście, nie robiłem żadnych ankiet społecznych, więc zdaję sobie w pełni sprawę, że wykaz argumentów nie jest w żaden sposób reprezentatywny. Pragnę jednak nadmienić jedną rzecz. Argumenty będą dotyczyć głównie budowania zapasów z artykułów kupionych. W żaden sposób nie dotyczą one zapasów własnych weków i przetworów.

1. Po co robić takie rozbudowane zapasy? Przecież w sklepach to wszystko jest.

Teraz jest. Zgadza się. Fakt, że od czasu do czasu jakiegoś artykułu zabraknie nie zmusza nikogo do myślenia, jak bardzo kruchym jest system dostaw. Większość osób myśli, że w sklepach są ogromne powierzchnie magazynowe, gdzie są tony towarów. Prawda jest inna. W większości sklepów tak zwany magazyn to bardziej dział przyjęcia towaru. Nie będę naprawdę wchodził w szeczegóły. Pamiętajmy jednak, że powierzchnia sklepu kosztuje. Jeśli sklep ma do wyboru przeznaczyć powierzchnię na magazyn lub na powierzchnie handlowe – wybór padnie natychmiast na powierzchnie handlowe. Bo to one generują zysk. Magazyny Kauflandów, Biedronek, Nett, Stokrotek to tak naprawdę działy przyjęcia towaru. Tam nie ma stosu palet z towarami. Są oczywiście palety z towarem, zgadza się, ale one tylko czekają na rozładunek na hali sprzedaży, gdy tylko miejsce na półce się zwolni. W krytycznych czasach zapasu te znikną w ciągu kilku dni i godzin. Zawsze powtarzam (i nie tylko ja), że jeśli w historii coś miało miejsce, to może wydarzyć się ponownie. Teraz jest pięknie. Wszystko na półkach. Kto mi da gwarancję, że za tydzień będzie tak samo?

2. Szkoda pieniędzy na robienie rozbudowanych zapasów.

Naprawdę? Dlaczego? Przecież zapasy robione z głową n ie generują dodatkowych wysokich kosztów. Jeśli tylko zastosujemy się do kilku zasad robienia zapasów, które domowy-survivalista omawia tutaj, to żadnych pieniędzy nie tracimy. Poza tym użyję porównania do polisy ubezpieczeniowej mieszkania. Jeśli mam wykupioną polisę, a w danym roku nić się nie wydarzy, to ewidentnie tracę pieniądze, ponieważ wykupiłem usługę, z której nie skorzystałem. Z zapasami jest inaczej. Zużywamy je w miarę potrzeb. Więc stracimy tylko wówczas, gdy coś z tymi zapasami się stanie.

3. Nie ma sensu robić zapasów tych wszystkich konserw, skoro lubimy świeże produkty, których zapasów nie da się zrobić.

No ten argument jest dość logiczny i trudno się z nim w dużej części nie zgodzić. Ale jest grupa produktów, z których nawet w takiej sytuacji można zrobić zapas – będą to głównie produkty skrobiowe i tłuszcze, które każde przeciętne gospodarstwo domowe zużywa. Makaron, ryż, kasza, mąka, cukier, olej, groch, fasola, przyprawy… Lepiej mieć na trudne czasu tylko częsciowy zapas z „pustych kalorii” niż nie mieć żadnego zapasu. Chociaż ja nienawidzę określenia puste kalorie. Ale to już osobna kwestia.

4. My mamy tak małe mieszkanie, że nie zmieścimy żadnych zapasów.

Naprawdę nie zmieścicie zawartości jednego wózka zakupowego, jednego plecaka turystycznego? Ja nie mówię by mieć w domu duży magazyn ze wszystkim, co potrzebne do życia na pół roku lub rok. Ale w takiej sytuacji chociaż miesięczny zapas podstaowych produktów to już coś. Niewiele, ale lepiej za mało jak wcale.

5. A na co mi to wszystko, gdy i tak nić się nie wydarzy?

Otóż ja jako „mini-prepper” lub „działkowy-prepper” (tak czasem się określam, ponieważ mam wrażenie, że do „prawdziwych preppersów” mi daleko) uważam, że dobrze, jeśli jestem przygotowany na różne zagrożenia, ale też na to, że nic złego się nie wydarzy. Otóż moje zapasy (ich ilość i skład) są tak przemyślane, by wszystko zużyć na długo przed terminem przydatności. Nic się nie zmarnuje. Nie muszę zjadać na siłę. Jak nic się nie wydarzy, to po prostu na bieżąco zjadam zapasy i uzupełniam.

Te wszystkie argumenty dotyczyły przede wszystkim zapasów kupionych. Skoncentrowałem się na spożywcze, ale w podobnym stopniu będą one dotyczyć zapasu mydła, zapałek, paliwa do samochodu… Podejście do weków jest trochę inne. Wraca świadomość społeczna, że warto je robić. Wszyscy widzą jak podłej jakości jest żywność sklepowa, zwłaszcza ta tańsza. Wiele osób widzi różnicę, między kiszonym ogórkiem ze sklepu a tym z własnych przetworów. Wraca moda na własne przetwory. To naprawdę dobry objaw. Jeśli bym więc znajomym powiedział, że mam piwnicę pełna własnych przetworów, to pogratulują i nawet niektórzy będą zazdrościć. Co najwyżej powiedzą coś w stylu „że tobie się chce / że ty na to czas masz”. Niewiele osób spyta na co mi to skoro można kupić. Nie będę uchodzić za szaleńca. Gdy powiem, że mam zapas podstawowej żywności kupionej na kilka tygodni / miesięcy popatrzą trochę jak na szaleńca. Podejście do umiejętności jest zgoła inna. Jeśli pochwalę się tym, że znam się na dziko rosnących roślinach jadalnych i trochę na leczniczych to potraktują to jako ciekawe hobby.  Nikt się nie spyta – a po co mi ta wiedza. No może co niektórzy, którzy nie uznają odmienności innych (odmienności w sensie, że każdy jest inny) oraz faktu, że każdy może mieć swoje zaiteresowania. Ale z takimi ludźmi to nie warto rozmawiać dłużej jak kilka minut na ulicy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwuj przez e-mail

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *